Uwaga!

niedziela, 28 lutego 2016

Chapter 34




Oczami Lori



Czułam ich za sobą. Było ich troje może czworo. Jeżeli się poddam zginę. A wtedy nie zobaczę już Edith ani chłopców. Wyboru za dużego nie było.Biegłam dalej, nie zatrzymywałam się. Nagle przede mną ukazała się rzeka. Długa, rwąca rzeka. Powoli weszłam do wody stawiając kroki najostrożniej jak umiałam. Nagle usłyszałam wystrzał. Oberwałam w pysk. Nie zwracałam na to uwagi.
Wiedziałam, że ludzie nie pójdą za mną tędy. Przedostałam się na drugi brzeg, spokojnie kładąc się pod drzewem, wśród krzaków. Nie mogli mnie znaleźć. Mimo iż śnieg topniał kamuflaż pomiędzy nim a moim futrem nadal działał. Wcale nie było mnie widać. Zmęczona pościgiem, zamknęłam oczy wsłuchując się w rwącą rzekę i śpiew ptaków.  Mój oddech się wyrównał. W tej chwili nie myślałam o niczym. Było mi dobrze. Czy wszystko pozostałoby tak samo, kiedy by mnie nie było ? Czy Edith odwyknie od przytulania mnie w złych chwilach ? Czy stado zapomni o zapachu mojego ciała? A ludzie? Przez chwilę będą mówić, będą się cieszyć. Zapomną. Nie łudźmy się. Ludzie zawsze pogrzebią nas w pamięci. A czy Niall też?  Nasz ból, nasza miłość, wszystkie nasze pragnienia odejdą razem z nami i nie zostanie po nich nawet puste miejsce. Na ziemi nie ma pustych miejsc.




Oczami Edith




Otworzyłam oczy czując czyjąś dłoń na moim brzuchu. Skrzywiłam się, gdy poczułam coś co ciągnie za ranę. Lub ktoś. Powoli otworzyłam oczy. Liam.
- Li...- zajęczałam. - Co ty robisz?
- Przepraszam. - uśmiechnął się niemrawo. - poprawiałem Ci szwy.
- Oh. - zakłopotałam się. - To my już w domu?
Zaczęłam się rozglądać. Byłam w czyimś pokoju. Leżałam na łóżku w tych samych brudnych od krwi ciuchach. Li siedział obok poprawiając opatrunek. Przytuliłam się do niego.
- Dziękuję Liam za opiekę. - powiedziałam. - Ile już tak leżę?
- Prawie pół dnia. Zabraliśmy Cię o 15 wtedy a jest aktualnie 3 w nocy. - zaśmiał się. Wytrzeszczyłam oczy. Dopiero dostrzegłam na kanapie śpiącego Harrego.
- Czemu śpi na kanapie? - zdziwiłam się.
- Pilnował Cię od tej 15 do teraz. Jakąś godzinę temu zasnął. - zerknął na przyjaciela.
- Ale czemu na kanapie?
- Bo śpisz w jego łóżku. Nie chciał, żebyś się źle poczuła. - odrzekł. - Dobra Edith. Jak się czujesz? Chcesz coś do picia?
- Czuję się... - zamyśliłam się. - Dobrze. Nie dziękuję Li. Chcę zostać sama.
Puścił mi oczko i wyszedł z pokoju. Westchnęłam. Harry jest zbyt nadopiekuńczy. Przewróciłam oczami. Wstałam powoli podchodząc do Harrego. Wyglądał tak słodko. Przesunęłam go trochę kładąc się obok niego. Złapałam się kurczowo jego koszuli żeby nie spaść. Poczułam jak jego ręka mnie do siebie przyciąga. Uśmiechnęłam się. Zamknęłam oczy próbując ponownie zasnąć. Nic z tego.
- Edith? - usłyszałam przy uchu. - Co ty tu robisz?
- Leżę. - zaśmiałam się. - Nie widać?
- Powinnaś uważać na ranę. - zmartwił się. - Połóż się do łóżka.
- Nie. - odparłam naburmuszona jak małe dziecko. Harry tylko począł się śmiać. - Nie mogę zasnąć.
- Ja już też nie. - zerknął na mnie. - Chcesz coś zjeść?
- Nie wiem sama. - usiadłam. - Boję się o Lori. Nie wróciła prawda?
Pokręcił przecząco głową. Siedziałam bez żadnego wyrazu twarzy. Po twardym policzku spłynęła łza.Otarł ją palcem.
- Hazz to moja wina. - To ja tam się pierwsza...
- Czemu tam pobiegłyście? - wyprzedził mnie. - Powiedz mi.
- Jack wszystko wyśpiewał. - wypuściłam powietrze z ust. - Mroczy płomień jest w Pałacu Królowej. Musimy się tam dostać i go zniszczyć.
- Zawsze możemy my coś wymyślić. - rzekł loczek. - Nie musiałyście działać na własną rękę.
Wtuliłam się w niego. Jego serce biło tak idealnie. Tak jak kiedyś moje.
- Kiedy wyjeżdżamy? - szepnęłam. - No wiesz amulety..
- Ah tak. - podrapał się po głowie. - Jakoś za kilka dni. Nie pamiętam dokładnie.
Przytaknęłam. Czuję coś długie miesiące przed nami. Dziewięć amuletów do znalezienia, aby złamać klątwę. Przestałam już wierzyć. Marzyć. A jak człowiek nie marzy, umiera. Umarłam już dawno. Zero uczuć, zero bólu, Kamienne serce. Miłość ucieka mi sprzed nosa. Nie wiem co mam robić już ze sobą.




Oczami Lori


Czułam zapach świeżych kwiatów pod wilczym nosem. Wiatr łaskotał moje ucho. Co się stało ze śniegiem? Zmęczenie z wczorajszego wyścigu całkowicie przeszło. Ale chwila moment. Gdzie ja właściwie jestem? Powoli otworzyłam oczy. Zaczęłam się rozglądać na boki. Nie kojarzę tego miejsca. Czyżbym wybiegła poza Londyn? Nie. To nie jest możliwe. Zauważyłam w oddali jeziorko. Podbiegłam do niego. To było nasze jezioro. Moje I Edith. Tu byłam przetrzymywana. Tu zostałam zmieniona. Myślałam, że znam Londyn jak własną kieszeń. Widocznie się myliłam. Zaczęłam cofać się przez rzekę w kierunku miasta. Muszę wiedzieć czy Edith to przeżyła. Jak się trzyma reszta. A w szczególności Niall. Po dwudziestominutowej wędrówce usłyszałam ruch uliczny. Zmieniłam się w człowieka wychodząc na ulice niespostrzeżenie. Wyglądałam okropnie. Ciuchy nie dość , że brudne to jeszcze podarte. Westchnęłam idąc powoli ulicą. Z daleka widziałam dom chłopców. Przyspieszyłam kroku. Weszłam na posesję pukając do drzwi. Otworzyła mi mizerna Edith. Krzyknęła gdy mnie zobaczyła.
- To.. to ty żyjesz? - zaczęła płakać. - Mój Boże dziękuję Ci.
Odsunęłam się od niej.
- Przecież minął jeden dzień. - odparłam. - Ucie..
- Jeden dzień? - wyłupiła oczy. - Aissia minęły dwa tygodnie od tamtego zdarzenia...



CDN...




____________________________________________________


Halo? Jest tu ktoś? :c Ludzie halooooooo
Smutno mi nikt nie komentuje >.<
RiDa




2 komentarze:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie smutaj się bo ja będę się smutać ;((


    OdpowiedzUsuń