Uwaga!

czwartek, 10 października 2013

Chapter 11






- Stado z tamtego rejonu coś musiało przywiać. - pokręciła głową. - Sami by nie przybiegli taki kawał drogi. Widzą o tym , że Daveh jest, to znaczy był samcem alfa i nie warto z nim zadzierać. Boją się tego miejsca.
- Co to oznacza? - zapytałam.
- Oznacza to , że Mroczny Płomień igra z naturą. - mruknęła. - Chce nam dać nauczkę.
- Za co? - strzeliłam face - palma. - Jaka kurwa nauczka?
- To ty nie wiesz? - Poprowadziła konie do chłopców. - Nauczka za zabicie jej.
- Ale to było z 500 lat temu? Może i nawet więcej.
- Tak... - zacięła się. - Ale ona wie , że jesteśmy najgroźniejszym stadem które żyje, znaczy zmarło. Wszyscy się nas boją. Nikt jeszcze nie odważył się zaatakować Daveh'a. Ona chciała nas wszystkich zabić, a nie stworzyć z nas umarlaków.
- Nie rozumiem. - złapałam się za włosy. - A co z Geo?
- Przechodzi proces zhybrydacenia. - poprawiła bluzę.
- Czyli to on ich zwołał! - wrzasnęłam. - Wszystko układa się w całość. Płomień ma nad nami kontrolę. Jak George się zmienia jest pod jej wpływem, czyli to ciało Geo, zwołało innych.
- Jest w tym coś. - pokręciła palcem. - Dobra. Wskakujcie. Podwieziemy was. Potem spróbuję rozwiązać sprawę z... tym.
- Daj znać jak coś. - zmieniła się w konia. Zrobiłam to samo. Na Seth'u siedział Niall i Liam, na Daveh'u Zayn. Mnie dosiadł Harry , a Yvonne Louis. Pognaliśmy przez las, w kierunku domku. Poczułam jak ręka chłopaka wplata się w moją grzywę. Prychnęłam. Mój spokój przerwała odpowiedz w mojej głowie.
- Edishia  jesteś? - zapytała Lori. Tak tak! - wrzasnęłam. - Słuchaj, uważaj. W pobliżu czai się Geo ze stadem z Manchesteru.
- No i co? To , że ught. Po prostu uważaj. Niedługo przybędę z Harrym i jego przyjaciółmi. 
- Ok. Czekam.
Zatrzymaliśmy się przed chatką. Zmieniłam się w tygrysa, uprzednio czekając aż Harry zejdzie ze mnie. Yvonne razem z chłopakami uciekła do lasu. Stanęłam przed drzwiami, unosząc nos do góry. Pchnęłam powłokę łapą, wchodząc do środka. Pusto. Reszta weszła za mną.
- Zmienisz się? - spytał Zayn. Wykonałam jego polecenie.
- Aż taka jestem brzydka? - spuściłam głowę. - Rozgośćcie się. Herbaty, wody?
- Poproszę szklankę wody. - powiedział Liam. Podałam mu trunek. Sama zaparzyłam sobie herbatę. Usiadłam obok Nialla.
- To... kim jesteś? - orzekł Louis.
- Kobietą. - przewróciłam oczami. - A jak myślisz?
- Ee... Błękitnokrwistą? - walnęłam czołem o powłokę stołu.
- Serio?! Nie wiedziałam. - udawałam głupią. - Myślałam że jestem z Hogwardu.
Chłopcy zaśmiali się.
- Ja chciałbym coś powiedzieć. - zaczął Li. - Przepraszam, za te niewinne oskarżenia. Zawsze myślałem , że jak widzisz człowieka to wysysasz z niego ludzkie życie. Wiem, to absurdalne...
- Stop. - machnęłam ręką. - Wybaczam, bo każdy ma prawo do błędu. Każdy ma swoje życie. Swoje wybory.Swoje lekcje. A przede wszystkim swoje błędy...






____________________________________________
Dziękuję bardzo za komentarze pod poprzednim rozdziałem :) 11 jest krótki, ale za to wstawiłam go wcześniej. Mam nadzieję, że pod tym postem będzie nawet i więcej komentarzy, a żeby nie mniej ;) Pozdrawiam.
RiDa




Podobny obraz

niedziela, 6 października 2013

Chapter 10






Poszedłem za brunetem, zakładając kaptur na głowę. Zapukałem do drzwi. I drugi raz i trzeci.
- Dobra tam. - przewróciłem oczami. - Wchodzimy.
Popchnąłem drewnianą powłokę. Wszedłem pierwszy do pomieszczenia.
- Jejku... - odezwał się Liam. Miał rację. To co zobaczyliśmy było nie do opisania. Normalnie szok. Chatka była elegancka. Ściany koloru beżowego, w niektórych miejscach pokryte kamiennymi płytkami. Dywan koloru czarnego w białe kwiaty. Stały tu dwa duże łóżka, mała szafka i kącik kuchenny. Sama kuchenka elektryczna, mała lodóweczka oraz dwa o dziwo stare, zardzewiałe blaty. Na środku pomieszczenia znajdował się stół dla trzech może czterech osób.
- Jeżeli oni tu mieszkają to... - zacząłem. -  Mają takie luksusy? Jezu nie wiem co powiedzieć. Nie spodziewałem się czegoś takiego.
- Ja też nie. - pokręcił głową. - Myliłem się. O ile to dom Błękitnokrwistych.





Oczami Lori




Gdy zaczął padać deszcz zmieniłyśmy się w wilki , układając się w grocie. Safaa wtuliła się w moje ciało. Było jej zimno. Niestety nie mogę nic poradzić. Musi się nauczyć. Nie mam jak jej inaczej pomóc. Nie wiadomo ile będzie z nami. Leżeliśmy tak około godziny. I godzinę za długo. Edith powiedziała , że przyjdzie do nas. Godzinę temu. I nie przyszła. Nie wiem co się dzieje. Deszcz pada, oprócz tego czuję obcą woń. Inne stado jest w tym rejonie lasu. A nie powinno być. Nawet Geo się nie odzywa. Nie wiem co robić...
Chociaż...





Oczami Edith



- Niall wejdź tutaj! - poinformował  blondyna Lou. Nasza pułapka zapełnia się wodą. Chłopcom sięga już do brzucha. Wspięli się na małą półkę skalną, wydrążoną przez wodę w dziurze. Myślą nie tylko o sobie. Mnie także zabrali. Nie chciałam się zmieniać w człowieka i pokazywać im mojego prawdziwego oblicza. Sama ich obecność doprowadza mnie do szaleństwa. Krew pulsująca była nie do zniesienia. Od około godziny byłam wtulona w ramiona Harrego. Nie puszczał mnie nawet na sekundę. Jeżeli tak dalej będzie to nie wiem co z nami będzie. Co z nimi będzie... Tamte tygrysy pognały w stronę tymczasowego mieszkania Lori i Safy. Nialler od dobrych piętnastu minut nie mógł wejść do nas. Nie miał w ogóle kondycji. Przewróciłam wilczymi oczami. Niedługo to na się utopi. Wyrwałam się loczkowi, skacząc do wody. O mało co nadziałabym się na kłodę.
Zanurkowałam zmieniają się w człowieka. Kiedy się wynurzyłam myślałam, że na zawał padną. Harremu opadła szczęka. Nie zwracając uwagi  pomogłam Horanowi wejść do chłopców. Zmieniłam się w wilczycę zapierając się o skałę. Dla jasności próbowałam dostać się na poprzednie miejsce. W ramiona przystojnego bruneta. Złapali mnie za boki, wciągając na skałkę. Wtuliłam pysk w tors Stylesa. Opatulił mnie opiekuńczo. Nie myślcie sobie za wiele. Nic z tego nie będzie. Wtulona w niego łatwiej mi opanować pragnienie. Nagle usłyszałam warkot. Spojrzałam w górę. Przy otworze stał George w postaci wilka. Czarnego wilka. Zawyłam, szczerząc kły. Pomóż nam! - krzyknęłam w myślach. Chyba coś cię boli. - odpowiedział. - Mam pomóc ludziom? Poza tym mam do ciebie żal.
Dlaczego? - zapytałam. Powinnaś dołączyć do mojego stada. - odparł. - Tak samo jak Lori, Safaa i stado Yvonne. 
- Oni dołączyli? - zdziwiłam się. Nie. - zaprzeczył. - Ale to zrobią. A i coś twoi koledzy zostawili w naszej chatce.
- Co? - przekręciłam łeb. Dwóch kolesi jest w domku. - odpowiedział. - Masz godzinę na to aby ich  stamtąd wykurzyć, albo dołączą do nas. 
- Co się z tobą dzieje? - spuściłam głowę. Ze mną? Nic. Ale ty moja droga oddalasz się. Ta 3 idiotów dawno powinna leżeć martwa. Zachowujesz się jak Aissia.
- I co z tego! - wrzasnęłam. - Nie twój zasrany interes. 
- Jak chcesz. - odparł obojętnie. - Jestem teraz przywódcą stada. I tego i z rejonów Manchesteru. 
- To oni? - szepnęłam. Przytaknął. 
- Bywaj Edishia. - ukazał kły, warcząc. - Spotkamy się niedługo.
Uciekł. Zawyłam, szczekając i warcząc. Wyrwałam się z ramion Harrego kładąc łapy na oczach. Nie wiem co robić. Muszę się zmienić w człowieka aby im pomóc. Muszę opanować głód, bo ich pozabijam. Muszę też odnaleźć Lori, Yvonne, a co najważniejsze odczarować Geo. Oh... nie wiem od czego zacząć...
- Czy tylko mi się wydaje, czy pada śnieg? - zdziwił się Niall. Położyłam łapę na ramieniu Harrego. Spojrzał mi w oczy.
- Jest coraz zimniej. - orzekł Louis. - Pada , a my tkwimy mokrzy w jakiejś dziurze. Co robimy?
Wtuliłam swoje mokre ciało w ciało bruneta. Krew...
- Mogłabyś się zmienić? - szepnął Styles. - Proszę...
Spełniłam jego prośbę. Moja przemiana, nie trwałą długo, ale wystarczająco, aby ponownie ich zszokować. Mój policzek był wciśnięty w koszulę chłopaka. To co miałam na sobie było, lekko wilgotne i pokryte błotem.
- Jesteś śliczna. - powiedział. Złapał mnie tak jak niemowlaka. Przymknęłam oczy, czując ciepło bijące od jego ciała. Nie to co ja. Zimna, biała skóra. Czyżbym zmieniała zdanie o sobie tak jak Aissia? Możliwe.
- Przepraszam że przerywam, ale WODA nas goni. - zażartował Niall. Otrząsnęłam się, poprawiając włosy.
- Macie telefon? - zapytałam.
- Mówisz po naszemu? - zdziwił się Lou.
- Nie, mówię po marsjańsku. - przewróciłam oczami. - Mamy mało czasu. Dzwońcie do tych innych dwóch kolesi. Szybko.
- Po co? - wstaliśmy, czując jak woda dosięga do półki.
- Jeżeli nie zadzwonicie, moi wrogowie zrobią z nich trupy, albo Błękitnokrwistych. - sapnęłam. Harry wyciągnął telefon. Wybrał numer.
- Co mam powiedzieć? - spytał szybko.
- Powiedz, żeby najszybciej jak to możliwe opuścili chatkę. Następnie posłużyli się GPS, aby dojść do nas. Muszą nas stąd wyciągnąć. - odpowiedziałam, pocierając żuchwę. Oblizałam kły, czując jak pragnienie rozchodzi się po moich żyłach. - Jestem głodna. Macie coś... do jedzenia?
- Nie oddam Ci mojej krwi! - wrzasnął Niall. Zaśmiałam się.
- Nie zabiję was. Batonik lub cukierek... nie wiem.
- Masz. - blondyn wyciągnął w moją stronę baton czekoladowy. Przynajmniej złagodzi pragnienie. Zjadłam go, po czym spojrzałam na niebo. Chmury były czarne jak węgiel. Nie dobrze.
- Już biegną. - Harold schował urządzenie. - Nie wiem jak, ale telefon w ogóle mi się nie popsuł.
- Szczęście. - mruknęłam. Nie musieliśmy długo czekać. Nad dziurą pojawiło się dwóch facetów. Zayn i... ktoś.
- Kto to? - zapytał ten drugi, wskazując na mnie. Skuliłam się chowając za ciało Louisa. W 10 minut byli już na powierzchni. Zostałam tylko ja.
- Zostawcie ją. - orzekł Liam? Chyba tak. - Nie zasługuje na życie.
- Proszę... pomóżcie. - zapłakałam. Dziwne uczucie. Nigdy tego nie robiłam. Moje błękitne łzy spływały do dna pułapki.
- Szukajmy Safy. - poradził Zayn. - Nie będzie nam potrzebna.
- Dziwisz się! - po mojej stronie stanął Niall. - Gdy by nie ona byłbym martwy. Tak samo jak Louis i Harry.
Prychnął.
- Poza tym w lesie biega stado wrogie wam jak i mi. - dodałam. - Obronię was.
- Tsaa. - Li założył ręce na piersi. - Niech Ci będzie.
Styles schylał się aby mi pomóc, lecz powstrzymałam go machnięciem ręki.
Zmieniłam się w wilka, szykując do skoku. Wycelowałam i Bach! Leżałam na ziemi pomiędzy nogami Zayna.
- Dlaczego wcześniej nie wyskoczyłaś? - Lou zrobił wielkie oczy.
- Nie chciałam was zostawiać. Poza tym nie miałam jak. Idziemy po Safeę?
- Wiesz gdzie ona jest? - Harry trząsł się z zimna. - Prowadź.
- Nie tak szybko. - zaśmiałam się. - Jest pod opieką. Ale wam też się ona przyda. Nie chcielibyście czegoś cieplejszego, lub nawet napić się herbaty?
- Jestem za. - poparł mnie Niall.
- Skierujmy się do domku. - otrzepałam ręce.
- Ale to daleko. - narzekał Liam.
- Okej... - zaczęłam. - Poczekajcie chwilkę. Idę po przyjaciół.
Zmieniłam się w tygrysa biegnąc w las. Ryknęłam , uderzając łapami o drzewo. Moment później zza zakrętu wyłoniły się 3 konie. A dokładnie Yvonne (najciemniejszy koń) , Seth (najjaśniejszy koń) oraz Daveh (koń w środku). Poprowadziłam ich do chłopców. Yvonne zmieniła się w człowieka, mówiąc :
- To ludzie.
- Tak. - przytaknęłam. - Moglibyście nas podwieźć do chatki? Ogólnie rzecz biorąc coś dziwnego dzieje się z Geo. Podobno jest teraz samcem alfa i  tutaj i w Manchesterze.
Przytaknęła.
- Stado z tamtego rejonu coś musiało przywiać. - pokręciła głową. - Sami by nie przybiegli taki kawał drogi. Widzą o tym, że Daveh jest to znaczy był samcem alfa i nie warto z nim zadzierać. Boją się tego miejsca.
- Co to oznacza? - zapytałam.







___________________________________________
Na początek wyjaśnię wam wszystko związane ze stadem. Stado te tutaj (Lori , Edith itd.) jest najgroźniejsze. Każdy ma swój przedzielony kolor futra. Jak i jest podzielność drzewa genealogicznego. Stado Daveh'a składa się z niego samego i : Lori , Edith, Seth, Yvonne , George , Quil oraz Nuss.
Daveh - samiec alfa tzw. przywódca.
Lori - samica podrzędna
Edith - samica podrzędna
Seth - samiec podrzędny
Nuss -  samiec podrzędny
Yvonne - samica alfa tzw. przywódczyni lecz mimo, iż jest partnerką samca nie rządzi stadem.
George - samiec podrzędny
Quil - samiec podrzędny

Lori nie ma na tym zdjęciu ze względu na kolor futra i posturę :






Wilcza odmiana Lori. Jako jedyna jest rzadkim wyjątkiem - ma śnieżno-białe futro :





George zmienił kolor futra, gdyż został samcem alfa stada z Manchesteru, mimo , iż nie do końca zajął miejsce Daveh'a w Londyńskim stadzie.Mroczny płomień ma nad nim całkowitą kontrolę. Lekarstwem jest znieważenie osobnika, który przechodzi proces zhybrydacenia. Jeżeli chodzi o genealogię stada to:
* Yvonne jest dziewczyną Daveh'a
* Nuss jest bliźniakiem Seth'a

I to chyba tyle :P Wstawiam rozdział wcześniej, bo później nie miałabym czasu. Liczę, że oprócz Weroniki Turlej będą inne komentarze ;) Mi zależy. Dajecie mi motywację, uwierzcie na słowo.Więc... pozdrawiam i zapraszam na moje inne blogi :*
RiDa





czwartek, 3 października 2013

Chapter 9




- Wiesz możemy iść, ale tak się zastanawiam... może powinniśmy pomóc Lori?- westchnęłam wstając.
-  Jesteśmy samolubami i mamy to we krwi. - odpowiedział. - Nie wiem co to pomoc.
- Kim ty jesteś?! - zdziwiłam się. - Gdzie jest Geo?
- Przecież to ja. - ukazał śnieżnobiałe kły. - Mam ochotę na krew.
- Hej co się z tobą dzieje?! - wytrzeszczyłam oczy. - Nie jesteś sobą.
- Jestem Błękitnokrwistym. - oblizał usta. - Jestem maszyną do zabijania.
-Nie! - wrzasnęłam. - Jesteś słodkim brunecikiem, który kocha  jedzenie i ŻYCIE.
- Wolę śmierć. - zachichotał złośliwie. - Do zobaczenia w lesie maleńka. 
Wśród gwarnego tłumu zmienił się w wilka, gnając przed siebie. Rozpoczęłam pościg.
- Stój! - krzyczałam. Ludzie odskakiwali przerażeni widząc wilka w środku Londynu. Nie no coś wam się pomyliło. Przecież to normalka...




 3 dni później - Oczami Nialla





- Jadę na policję. - ogłosił Zayn wstając z kanapy. - Kto ze mną?
- Chcesz powiedzieć, że ta śliczna ciemnowłosa porwała twoją siostrę? - zdziwiłem się. - To absurd. Proszę stary nie rób tego. Zabiją ją. 
- Zakochany kundel. - mruknął siadając z powrotem na sofie. - Nie mogę no... minęły już 72 godziny od zaginięcia.
-Nie dramatyzuj. - Louis przewrócił oczami. - Jeżeli się zgubiła na pewno nie jest sama.
- Na pewno jest pod opieką Tysiąc-letniej kobiety. - westchnąłem poirytowany, wypowiedzią Mulata. 
- Jak chcesz ją odnaleźć jak siedzisz na dupsku? - zapytał Liam. - Pomyśl. Latarka w dłoń, jakiś nóż do obrony i idziemy do lasu.
- Okej. - Zayn wstał kierując się w stronę schodów. - Idziecie ze mną?
- Ja mogę. - zaproponowałem. Reszta także się dołączyła. Każdy z nas poszedł do swojego pokoju, ubrać się i zabrać potrzebne rzeczy. Za 20 minut mieliśmy spotkać się na dole. Zabrałem komórkę, latarkę i batonik. Mógłbym zgłodnieć.  Zszedłem do kuchni, gdzie chłopaki wybierali noże.
- To konieczne? - zapytałem.
- Później będziesz jęczeć, że zostałeś zaatakowany. - mruknął Hazz, podając żelazny przyrząd. - Masz. Schowaj do kieszeni bluzy. 
- Jasne. 



                                                                  ~,~


- No to... którędy? - zapytałem, gdy doszliśmy przed las.
-Najpierw musimy wejść do środka matoły. - westchnął Li. - Spokojnie. Wszystko będzie dobrze.
Ruszyliśmy przez gęstwinę drzew iglastych. Kiedy dotarliśmy na rozdzielenie dróg, zatrzymaliśmy się.
- Musimy się rozdzielić. - zarządził Harry. - Ja z Niallem i Louisem pójdziemy w lewo. A ty Liam z Zaynem w prawo. Pasuje?
- Okej. - przytaknęli. Ruszyłem za chłopakami. Weszliśmy głęboko w las. Kluczyliśmy pomiędzy drzewami i wiele razy zmienialiśmy kierunek. Z rozpaczą stwierdziłem, że całkowicie straciłem orientację. Robiło się coraz ciemniej i zimniej, a gęste korony drzew zasłaniały pełny księżyc. Ogarnął mnie dławiący strach, a po plecach przeszedł zimny dreszcz. Nerwowo wykręciłem rękaw bluzy.
- Słyszeliście to? - zapytał Louis, gwałtownie się zatrzymując.
- Nie... - niepewnie rozejrzałem się dookoła. Nic. Tylko ciemna pustka. Niespodziewanie usłyszałem warkot.






Oczami Edith





Od kilku minut obserwowałam tych pacanów. Kiedy pojawili się na rozwidleniu, inni Błekitnokrwiści wyczuli ich zapach. Mając na myśli "innych" mam na myśli osobniki w ogóle mi nieznane. Z innego rejonu lasu. Powoli podążałam w zaroślach za śmiałkami. Jeden z nich to był Harry. Niespodziewanie stanęli. Usłyszałam cichy warkot z, drugiej kępy. Oh jezu... Z krzaków wyszły wilki otaczając chłopaków. A dokładnie pięć istot błękitnych. Przewróciłam swoimi wilczymi oczyma. Co mam zrobić? No pomogę im... wreszcie sami weszli do lasu , aby znaleźć Safeę. Podniosłam łeb, do góry po czym zawyłam. I drugi i trzeci raz.
Wreszcie wyszłam z ukrycia. Miny chłopców były bezcenne. Zaszczekałam na wilki. Odpowiedziały tym samym. Ruszyłam do walki. Rzuciłam się na pierwszego, gryząc jego kark. Drugiemu zagryzłam ogon, trzeciemu podrapałam delikatne podbrzusze. Reszta poszła jak spłatka. Zmieniłam się w konia dając znak chłopcom. Wsiedli na mój grzbiet. Gdy ruszyłam z wampirzą prędkością w las, już dawno stado przemieniało się w tygrysy, zaczynając pościg. Biegłam na tyle szybko, że straciłam orientację. Nagle usłyszałam Harrego :
- Szybciej. Doganiają nas.
Prychnęłam. Niespodziewanie poczułam jak jeden z Błękitnokrwistych wszczepił się w mój zad. Rżnęłam, próbując w sprincie zrzucić gościa. Z pomocą Blondyna udało mi się. Lekko odwróciłam głowę chcąc zaznać się z pościgiem. Nie było tak źle. Trzech w tyle, dwóch nas doganiało.
- Uważaj! - wrzasnął brunet. Nie zdążyłam nawet zorientować się o co chodzi, a już walczyłam aby nie spaść. Spaść?! Tak. Spaść. Wpadłam w pułapkę na zwierzynę. O ile to dziwne brzmi, to sami słyszycie. Próbowałam kopytami wejść na ziemię, ale nie było mi to dane. Stado okrążyło mnie, co jakiś czas podgryzając moje kostki. Nie chcąc dalej walczyć spadłam do 3 metrowej pułapki. A wiecie co jest najlepsze? Że zaczął padać deszcz. Wprost cudownie. Przemieniłam się w wilczycę rozglądając się na boki. Chłopcy siedzieli na złamanym, wbitym w ziemię  drągalu. Warknęłam na nich, czując jak zwierzęca intuicja bierze w górę. Woda deszczowa zalewała moje futro. Ukazałam kły, mówiąc, że jestem dowódcą. Mroczny Płomień? O tak. To pewnie on.
- Hej piesku. - Harry odezwał się. Jego loki były mokre ; pojedyncze krople spływały z jego kosmyków włosów. Co to takiego jest, że kiedy człowiek spogląda na kogoś innego czuje, mrowienie na całym ciele? Nie wiem. Możecie mi powiedzieć? Ot to właśnie poczułam. Ukłoniłam się lekko, podchodząc do Harrego. Cały czas siedział w tej samej pozycji. W siadzie prostym, oparty był o kłodę. Mimo tego iż kałuża w naszej pułapce robiła się coraz większa, nie postanowił usiąść na beli. Polizałam jego rękę, chcą sprawdzić  czy, aby chłopak nie zrobi mi krzywdy. Kiedy ani drgnął ułożyłam swój górny szkielet na jego nogach. Zamrugałam oczyma spoglądając w otwartą otchłań pułapki. Lori gdzie jesteś? - zapytałam w myślach. Nie ma żadnego odzewu. Cóż... ważne, że JA zrobiłam coś dobrego.








Oczami Zayna



- Hej! Zaczął padać deszcz. - powiedziałem, czując krople deszczu na twarzy. Nagle w zasięgu mojego wzroku, pojawiła się chatka. - Ej. Spójrz.
- Idziemy? - zapytał Li.
- Może to jest ich dom? - nie wiedziałem co mówię.
- Możliwe... - mruknął. - Trudno. Idziemy.
Poszedłem za brunetem, zakładając kaptur na głowę. Zapukałem do drzwi. I drugi raz i trzeci.
- Dobra tam. - przewróciłem oczami. - Wchodzimy.
Popchnąłem drewnianą powłokę. Wszedłem pierwszy do pomieszczenia.
- Jejku...

CDN.

~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Witam :D I jak rozdział? Jest dłuższy? Mam nadzieję, że tak. Rozdział następny pojawi się za tydzień, gdyż muszę go po prostu napisać. Innego rozwiązania nie ma. Liczę na komentarze :D
RIDA




piątek, 27 września 2013

Chapter 8





Przyciągnęłam ją zębami do siebie, gryząc w boczek. Gdy ruszyłam, spojrzałam na dziewczynkę. Zrozumiała, aby podążyła za mną. Po 20 minutowym truchcie dotarłyśmy do TEGO miejsca.
- Pięknie tutaj. - usłyszałam cichy szept za sobą. Przemieniłam się w człowieka siadając na trawie. Usadowiłam sobie Safeę na kolanach. Miała racje. Te miejsce jest wyjątkowe. Odizolowane od całego lasu. Mruknęłam w odpowiedzi.
- Po co tutaj jesteśmy? - zapytała.
- Boisz się?
- Nie. - odparła.
- Tutaj będziesz się uczyć, musisz wiedzieć jak teraz twój organizm pracuje. Zostaniemy tu na troszkę dobrze? - spytałam najmilej jak umiałam. To dopiero jest wyzwanie. Co to znaczy, że ktoś jest miły?
- Super! - klasnęła w rączki. Zmieniłam się w wilka tym samym zmieniając miejsce Safy. Teraz siedziała na moim grzbiecie. Złapała się mojej sierści na karku. Rozpoczęłam trucht wokół pobliskich skał i drzew. Z każdą sekundą przyspieszałam.
- Szybciej! - krzyknęła. Posłuchałam. Teraz biegałam z wampirzą prędkością. Po pięciu minutach zatrzymałam się obok pobliskiej skały. Weszłam w jej otwór sprawdzając, czy zostawiona przeze mnie ściółka jeszcze się nadaje. Niestety myliłam się. Dziewczynka cały czas mnie obserwowała. Znalazłam nieopodal krzaczek poziomek i jagód.
- Siedź tutaj i jedz owoce. - poinformowałam. Nie mogę jej nauczyć pić ludzkiej krwi. Źle to by się skończyło w domu. Mimo, iż jej potrzebujemy nie mogę na to pozwolić. Mogłaby kogoś skrzywdzić. - Za chwilę przyjdę.
Zmieniłam się z powrotem w wilczycę wbiegając w las. Zebrałam trochę siana, gałązek oraz paprotek w pysk i pognałam do skały. Wytrzepałam łapami stare, zgniłe podszycie na ziemi kładąc tam nowe. Zrobiłam z dziesięć kursów w tę i z powrotem. W tym samym czasie Safaa zjadła owoce, pod koniec także mi pomagając. Weszła do otworu rozkładając równomiernie pościel.
- Gotowe. - oznajmiła. Przeistoczyła się. Podeszłam do jeziorka wskakując do niego. Safaa uczyniła to samo. Robiła to co ja. Dosłownie jak córka i matka.







 Oczami Edith




Ubieraj się. - zarządził George. - Idziemy na miasto.
Podobny obraz- Po co? - spytałam zła.  - Po coś mnie kurwa budził?
-M - I - A - S - T - O . -przeliterował. - Kapujesz? Idziemy na miasto. Musimy znaleźć tych fagasów od tej dziewczynki. Znając Lori ona robi to z przymusu.
- Nie nadążam.
- Opiekuje się Safaą  dlatego, że jest jej żal. Ona nie chce takiego życia. 
- Racja. - przytaknęłam. - Co to żal Geo?
-Nie wiem. - wzruszył ramionami. - Tak mi się powiedziało.
Ubrałam na siebie strój, po czym ruszyłam za chłopakiem.



                                                                   ~,~




- Chodźmy do tamtej kawiarenki. - zaproponował.
- Nie. - zaprzeczyłam. - To głupi pomysł. 
- Masz inny pomysł mądralo? - podniósł brew do góry.
- A może i mam. - uśmiechnęłam się chytrze. Stanęłam na ławce, po czym krzyknęłam:
- Jestem żoną Zayna Malika! Gdzie jesteś mój mężu?!
Nie wytrzymałam i parsknęłam śmiechem. Geo już dawno leżał na chodniku. 
- To było debilne. - zachichotałam. - Nie wiem co mamy robić. 
- Ja też nie. - usiadł na ławce obok mnie. - Idziemy na zakupy?
- Baba? - podniosłam brwi do góry.
- Chłop? - złapał się za policzki, po czym za głowę i jęknął. Po chwili parsknęliśmy śmiechem.
- Wiesz możemy iść, ale tak się zastanawiam... może powinniśmy pomóc Lori?- westchnęłam wstając.
-  Jesteśmy samolubami i mamy to we krwi. - odpowiedział. - Nie wiem co to pomoc.
- Kim ty jesteś?! - zdziwiłam się. - Gdzie jest Geo?



____________________________
Przepraszam, że rozdział jest krótki. Jeżeli byłoby więcej komentarzy dodawałabym częściej :|
 Ale i tak się cieszę, że w ogóle ktoś komentuje :3  A jeżeli chodzi o gwiazdkę na końcu zdania - już tłumaczę.

Te osoby , które czytają bloga, wiedzą , że George nie lubi swojej rasy. Ta nagła zmiana to - zhybrydacenie (nazwa wymyślona). Istota Błękitna przechodzi pod wpływ Mrocznego Płomienia. Robi na przekór wszystkiego co dotychczas robił. Jeżeli Geo przechodzi ten proces, będzie samolubny, chamski i głodny krwi. Istota przebywająca w jego towarzystwie, zostanie zmieniona tylko wtedy gdy nie zauważy zmian. Jeżeli zauważy , będzie droga wyjścia. Lekarstwo jest znane,ale... nie powiem wam co to jest ;) Dowiecie się w następnym czasie.
RiDa




środa, 25 września 2013

Chapter 7





Oczami Edith






- Lori! Lori! Gdzie jesteś?! - wrzasnęłam po raz wtóry.
- To nic nie daje. - Geo zmienił się w człowieka. - Nie martw się. Nic się jej nie stanie.
- Mam nadzieję. - zrobiłam dzióbek z ust. - Wracajmy.
Zmieniliśmy się w wilki i pognaliśmy drogą powrotną. Niespodziewanie usłyszałam skowyt. Odwróciłam swój wilczy łeb. Na skale stał wilk. Nie jakiś tam zwykły. To nowy Błękitnokrwisty.
Podeszłam do skały, ukazując kły.  Wilk zszedł, podchodząc do mnie i łasząc się przede mną. George stanął po drugiej stronie.
Zmieniłam się w człowieka.
- Ukaż się. - ogłosiłam ostro.  Zwierzę zmieniło się w ludzką istotę. To było dziecko!
- Ileż ty masz lat? - spytałam miękko klęcząc przed nią.
- Dziewięć. - uśmiechnęła się. Dziewczyna miała blado-niebieskie oczy, czarne włosy sięgające do łopatek i lekko ciemną skórę. Tak jak Zayn.
- Jak Ci na imię?
- Safaa.
-Piękne imię. - uśmiechnęłam się lekko. Co ja wyrabiam? - Kiedy zostałaś zamieniona?
- Zmieniona? - założyła kosmyk włosów za ucho. - Poszłam przed chwilą za bratem do lasu i ugryzł mnie piesek. Nie to nie może być prawda... Szła za Zaynem?
-Zayn to twój brat, tak? - spytałam już o wiele ostrzej. Pokiwała głową. O kurwa... No to mamy problem.







Oczami Zayna






- Doniya! Miałaś ją pilnować! - wrzasnąłem wściekły. Odebraliśmy Danielle ze szpitala, później pojechaliśmy do domu, gdzie moje siostry z siostrami Louisa zostały.
- Ale ja ją pilnowałam. - odpowiedziała płacząc. - Ona no po prostu zniknęła. Nie wiem, może poszła za wami?
- Waliya ma rację. - Charlotte pokiwała głową. -  Może po prostu wyszła?
- Tak szczerze to widziałam ją w centrum. - powiedziała El. - Prawdopodobnie szła za nami.
- To nie może być prawda. - szepnąłem zrozpaczony. - A jeżeli ona poszła za mną do lasu?
- Nie byłaby na tyle głupia. - wtrącił Harry.
-Nie znasz Safy. - spojrzałem na Pezz. - Idę do... nich.
- Gdzie? - spytał Liam.
- Błękitnokrwistych. - sprecyzowałem.
- Idiota! - wrzasnął Louis.
- Co poradzę?



Oczami Lori







Powoli skierowałam się w stronę powrotną. Z daleka już wyczułam nowy zapach. Pognałam za nim, aż znalazłam. Edith, Geo i jakaś mała dziewczynka. Przyczaiłam się w krzakach przysłuchując się rozmowie. Siostra Zayna?! No to mamy przejebane jak to określiła Edishia. Podbiegłam do nich, nadal w postaci wilka. Safaa zmieniła się w małego wilka. Przyciągnęłam ją zębami do siebie, gryząc w boczek. Gdy ruszyłam, spojrzałam na dziewczynkę. Zrozumiała, aby podążyła za mną.  Co ty robisz? - spytała w moich myślach Edith. Ona musi się nauczyć paru rzeczy. Sama nie przeżyje, jak teraz jest taka pora roku. Ktoś się musi nią zająć. Musimy ją oddać Zaynowi! - wrzasnęła. Wiem. - odpowiedziałam. - Oddamy. Ale i tak muszę jej pomóc przetrwać. Spotkamy się niedługo. Gdzie idziesz? W jedno pewne miejsce.



_____________________________________________
Bardzo wam dziękuję za komentarze pod poprzednim rozdziałem :) Nawet nie wiecie ile to dla mnie znaczy <3 . Pozdrawiam i od razu mówię - Chapter 8 pojawi się za tydzień. Może i nawet mniej. Pozdrawiam :*
RiDa












niedziela, 22 września 2013

Chapter 6





Kiedy już myślałam, że spadnę ktoś mnie złapał. Ale nie. I tak spadłam. Lecz nie sama. Z tym aniołem, który złapał mnie w nieodpowiednim momencie.  Zanim uderzyliśmy w taflę wody otworzyłam oczy zmieniając się w człowieka.
- Trzymaj się mnie. - ostrzegłam, łapiąc wdech. Moment później byliśmy pod wodą. Mimo tego, iż nie umiem pływać złapałam dziewczynę, która jak widać była przerażona. Krzyczała i płakała. Pewnie sobie coś złamała. Zmieniłam się w konia, machając kopytami tak szybko jak to było możliwe. Brunetka wiedząc o co mi chodzi, z wielkim trudem wpłynęła na mój grzbiet. Najszybciej jak umiałam dotarłam na brzeg. Dziewczyna leżała na moich plecach trzymając się za nogę. Lewa ręka wisiała bezwładnie. Prychnęłam i kłusem wbiegłam górką na most. Z daleka widziałam Harrego i jego przyjaciół , wyrywających się i wrzeszczących. Edith i Geo klęczeli ze spuszczoną głową. Stanęłam dęba, wymachując kopytami na wszystkie strony. Zobaczyli. Znieruchomieli. Potruchtałam do tłumu, gdzie w środku  znajdowali się policjanci. George zdjął dziewczynę ze mnie kładąc ją na chodniku. Moje ciało natomiast od razu padło na ziemię. Zmieniłam się w człowieka, podpełzając do dziewczyny.
- Dziękuję. - wyszeptałam. - Ale nie musiałaś tego robić.
- Ty mnie uratowałaś, ja ciebie i jesteśmy kwita. - uśmiechnęła się niemrawo.
- Co cię boli? - spytałam.
- Noga i lewy nadgarstek. - odpowiedziała. Kiedy miałam nastawić jej kolano poczułam, a raczej usłyszałam wystrzał. Zerknęłam na swoje ramię. Było postrzelone.
- Zostaw ją! - ostrzegł komendant. Powoli odsunęłam się od ciała, nie chcąc dostać ponowny raz kulkę. Nie to, że nas to boli, ale raczej nie chcę wrócić podziurawiona . Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć dostałam drugi raz w nogę. George zmienił się w ogiera, czekając aż wsiądziemy na niego. Kiedy to zrobiłyśmy Edith powiedziała:
- Jedź Geo. Ludzie nawet po otrzymaniu pomocy są okropni i niewdzięczni.





Oczami Zayna




Gdy Błękitnokrwiści ruszyli całą paczką rzuciliśmy się do Danielle.
- Ugryzła Cię? - spytał Liam.
- Mam tego dość. - wkurzona dziewczyna po mimo złamanej nogi wstała zwracając się do policjanta :
- Czy pan ma choć trochę oleju w głowie?! Ona mnie uratowała. Raczej uratowała ludzi z London Eye , a pan ją postrzelił!?
- To była Błękitnokrwista młoda panno. - odpowiedział złowrogo. Nie chcąc dalej słuchać tej kłótni spojrzałem na oddalającego się konia. Zauważyłem, że wchodzą do lasu. Nie zwracając uwagi na Perrie czy chłopaków ruszyłem za nimi.






Oczami Lori




Podczas drogi przez las miałam wrażenie, że ktoś nas obserwuje lub co gorsza - śledzi. Rana od druta nie wyglądała tak źle. Inaczej można powiedzieć o ranach postrzałowych. Podczas jazdy wyciągnęłam kulkę z ramienia, niestety z nogi nie udało mi się. Była głębiej niż myślałam.
- Aissia jak się czujesz? - spytała cicho Edith.
- Nie wiem. - powiedziałam obojętnie. - Przecież nic nie czuję. A jeżeli chodzi ci o to, że nie podziękowali to... sama nie wiem. Czuję się okropnie. Może dlatego, że jestem Błękitnokrwistą.
- Nie martw się. Ważne , iż TY wiesz, że zrobiłaś coś dobrego.
Nagle Geo się zatrzymał. Odwrócił się i rżnął. Zza drzewa wyszedł człowiek. Chłopak o lekko ciemnej skórze, ubrany w jeansy, koszulkę z napisem " LOVE" i Bejsbolówkę.
- Co tutaj robisz? - spytałam. - Nie powinieneś tutaj być. Wracaj  stamtąd skąd przyszedłeś.
- Nie. - odparł, podszedłszy do nas. - Jestem Zayn. Przyjaciel Harrego.
- Ahh. - westchnęłam.
- Chciałbym wiedzieć jak się czujesz. - zaczął. - I w imieniu innych podziękować.
- Jak się czuję?! - kulawo zeskoczyłam z konia. -Nijak! Ja nie czuję, zrozum to! Ja nie wiem co to ból, czy radość. Nie wiem...
Upadłam na kolana. Mulat pokręcił głową.
- Przepraszam...
- Oh nie zgrywaj takiego kozaka. - Edith wystąpiła zza konia. - Robisz to z litości. Przyznaj się. Jak tutaj by nie było Lori już dawno zagryzłabym Cię na śmierć!
- Przestań! - wrzasnęłam, czując jak fala złości przypływa na mój brzeg. Oh przestań Mroczny Płomieniu! - Przestań, Edith, przestań!
- Uciekaj. - Geroge zmienił się w człowieka, polecając rozkaz Zaynowi.
- Nie. - stał stanowczo, ale w głębi duszy bał się jak cholera. Zmieniłam się w tygrysa, ukazując kły. W moich oczach płonął żywy ogień. Mroczny Ogień. Płomień zapanował nade mną. Nie wiedząc co robię rzuciłam się na Zayna. W ostatnim momencie Geo odsunął go na bok. Dziką szarżą ruszyłam przez las. Nie zwracałam uwagi na nic. Biegłam, rozszarpując po drodze wszystko, co się dało. To wiewiórkę, jelenia czy owady lub drzewa. Po krótkiej chwili zaczęłam odzyskiwać świadomość. Ruszyłam do
jeziorka. Spojrzałam w taflę wody. Wodne odbicie mojego tygrysiego pyska, rozpłynęło się za pomocą machnięciem mojej łapy. Zmieniłam się w człowieka.
- Jestem niczym. - szepnęłam do siebie. - Niewartościową suką...
Walnęłam pięścią o kamień. Z powodu siły rozpadł się na cztery mniejsze. Załkałam głośno. Dlaczego jestem niczym?
Bezradność rodzi złość, a złość.... Właśnie. Widzieliście co powoduje złość?




_______________________________________________
Witam wszystkich bardzo.....ŻART! HAHAHA xd Co tam u was? Podoba się rozdział? Liczę na komentarze :)
RiDa













czwartek, 19 września 2013

Chapter 5





- Edith! Łap ją! - krzyknęłam, gdy przestałam czuć grunt pod nogami. Rzuciłam dziecko w ręce przyjaciółki, w tym samym momencie zmieniając się w wilka. Byłam pół metra od mostu.Wygięłam swoje wilcze ciało najbardziej jak to było możliwe. Ledwo co dotknęłam łapami granicy pomostu z przepaścią. Zaparłam pazury w mur, wierzgając na wszystkie możliwe strony. Widziałam jak Edith oddaje dziewczynkę, a George biegnie w moją stronę. Słyszałam wiwaty i oklaski ludzi. Ale nie poddawałam się. Siłowałam się w skórze wilka, walcząc o to aby wspiąć się na grunt. Mój bok został przecięty przez ostry drut. Krew wylewała się strumieniem. Brunet był coraz bliżej. Zawyłam. Dopiero wtedy wszyscy spojrzeli w moją stronę.
- Już Ci pomogę. - przyjaciel znalazł się obok mnie w samą porę. Szczekałam i skomlałam. Jak teraz się zmienię w człowieka to spadnę, a pływać nie umiem. Chłopak złapał mnie pod boki próbując wciągnąć na most. Jego ręce były całe blade w błękitnej krwi. Nie miał tyle siły aby mnie wciągnąć. Blondynka, która sekundę później dołączyła do Geo była w takim samym opłakanym stanie jak chłopak. Wykorzystali całą swoją siłę na podtrzymywanie London Eye. Puśćcie mnie. - powiedziałam w myślach do Edishii.
- Nigdy! - wrzasnęła bliska płaczu. Wie co to strach?
- Nie mam siły. - sapnął przyjaciel. Po moim wilczym policzku spłynęła łza. Boję się tak strasznie się boję... bynajmniej tak mi się wydaje.






Oczami Harrego



Kiedy Lou dostała Lux w ręce ucieszyłem się jak dziecko. Ale teraz gdy widzę jak ta... nie wiem jak ją nazwać. Wilczyca? Teraz gdy widzę jak ta dziewczyna walczy, aby wejść na most jestem bezradny wobec losu. Podejść i pomóc? A może widzieć jak spada do Tamizy?
- Pomóżcie jej! - krzyknęła Perrie. Nic. Żadnego odzewu. Wkurwiona Danielle oderwała się od Liama biegnąc w stronę Błękitnokrwistych.




Oczami Lori



Zerkając w bok zauważyłam dziewczynę w lokach, biegnącą w naszą stronę. To była ta dziewczyna z wagonu. Kiedy już miała mi pomóc drut wbił mi się tak głęboko, że przyjaciele mnie nie zdążyli złapać. Jeszcze chwilę trzymałam się łapami muru, po czym schowałam pazury. Kiedy już myślałam, że spadnę ktoś mnie złapał. Ale nie. I tak spadłam. Lecz nie sama. Z tym aniołem, który złapał mnie w nieodpowiednim momencie.



__________________________________________
Przepraszam,że rozdział jest krótki , ale te ostatnie zdanie mi właśnie pasowało.  Chyba każdy wie kto jest tym aniołem! Liczę na komentarze :D
RiDa






piątek, 13 września 2013

Chapter 4





- Wychodzimy. - ogłosiłam  bez sprzeciwu. Jak potulne baranki przyjaciele  ruszyli za mną w stronę wyjścia. Gdy szliśmy już w tłumie powiedziałam :
- Ty deklu dlaczego nie miałeś żadnego zabezpieczenia?
- A właśnie. - ściągnął pierścionek,  po czym założył go na mojego palca. - Dziękuję jeszcze raz.
- Nie ma sprawy. - schowałam dłonie do kieszeni. - Ta zazdrość...
- Hahaha. - Edith wybuchła śmiechem. - Nie mogę. To było świetne George. Sto punktów dla ciebie.
- To był komplement? - podniósł brew do góry.
- Nie. - odparła "poważnie" .
- Ja walę. - pokręciłam głową śmiejąc się.
- Kogo? -spytała.
- Hę? - spojrzałam na blondynkę.
- No... kogo walisz? - zachichotała.
- Nie łap mnie za słówka. - naburmuszyłam się.
- Oj tam, oj tam. - dodał Geo poprawiając grzywkę jak rasowy pedał.
- A co to ma do rzeczy? - zapytałam rozbawiona.
- JEDNOROŻCE! - wydarła się Edishia. - ZABIŁEŚ DWA JEDNOROŻCE!
- Serio? - moje słowo ociekało sarkazmem jak ryż polany sosem.
- Nie no co ty. Ja jestem niegrzeczna. - strzepnęła niewidzialny pyłem z ramion. - Jestem niegrzeczną dziewczynką z Londynu.
- Tssaaa... - mruknął chłopak.
- Mówiłeś coś szczylu? - podwinęła rękawki od swetra.
- Może i mówiłem, cwelu. - wystawił pięści przed siebie. Wyglądało to komicznie.
- I teraz będziecie się bić, zgadłam?
Przytaknęli.
- To ja sobie usiądę i was nagram. - uśmiechnęłam się szeroko, siadając na pierwszej lepszej ławce. Wyciągnęłam telefon, włączając nagrywanie. Walka zaczęła się od... co za idioci.
Edith została przyciągnięta do Georga.  Zamiast go odepchnąć, położyła ręce na jego ramionach natomiast chłopak objął ją w talii, po czym zaczęli... tańczyć!
- To ma być walka?! - krzyknęłam.
- To jest walka. - odpowiedziała Edishia. - Walka na kroki.
- Co? - moja mina wyglądała naprawdę komicznie. Niespodziewanie usłyszałam dzikie wrzaski i ryki. Ludzie zaczęli biec w stronę London Eye.
- Hej. - zaczepiłam jakąś dziewczynę przechodzącą obok. - Co się dzieje?
- London Eye się zatrzymało. - odpowiedziała. - Nie działa od jakiś 10 minut. Ale teraz zaczęło skrzypieć i pochyla się w stronę Tamizy. Jeszcze chwila i wpadnie razem z pasażerami.
- Dzięki. - podziękowałam , po czym z prędkością światła podbiegłam  do przyjaciół.
- Szybko biegniemy do London Eye. Natychmiast. - powiedziałam ciągnąc ich w biegu.
- Co jest? - zapytała Edith.
- Sama zobaczysz.
Dobiegliśmy pod atrakcję. Policja odganiała tłum, który robił się coraz większy. Jakoś przedostaliśmy się do początku tej "kolejki" .
- Proszę się cofnąć. - zasugerował komendant.
- Pomożemy wam. - powiedziałam.
- Tylko Hulk nam może pomóc. - zaśmiał się. - Cofnijcie się!
Dopiero po chwili zauważyłam, że tłum jest odciągnięty jakieś dwadzieścia lub  nawet więcej metrów od nas. My stoimy okrążeni w okręgu. Gdy ruszyłam w stronę koła zostałam zatrzymana przez tego fagasa. Edishia się wkurzyła. Odciągnęła Policjanta na bok, po czym ryknęła ukazując kły.
Podobny obraz- Błękitnokrwiści!
Rozpętała się panika. Komisarze wyciągnęli broń celując w blondynkę. My z Georgem nie traciliśmy czasu. Z prędkością wampira podbiegliśmy do London Eye ciągnąc ją w drugą stronę.
- Nie damy rady sami. - sapnęłam ciągnąć mocniej. - Edishia!
- Nie mogę. - odpowiedziała.
- Mam pomysł. - brunet spojrzał w górę. - Tych ludzi nie jest dużo. Wchodź i  ich ściągaj.
- Poradzisz sobie? - spojrzałam mu w oczy.
- Czuję, że mięśnie to moja zdolność. - za wszelką cenę próbował mnie rozśmieszyć. Gdy zobaczyłam przy nas przyjaciółkę, puściłam rury odchodząc kilka kroków od koła. Tylko 2 wagony były zajęte. Wzięłam rozbieg i wskoczyłam na maszynę. Usłyszałam lekki jęk chłopaka.
- Przepraszam! - krzyknęłam. Niczym małpa przedostałam się do pierwszego wagoniku. Dwie staruszki.
- Proszę się mnie złapać. - objęłam jedną kobietę natomiast drugą poprosiłam aby się do mnie przyczepiła.
- Niech się panie trzymają. - ogłosiłam wychodząc z wagoniku. Tłum widząc mnie z kobietami, aż zdusił wielki okrzyk. Jedną ręką było trudno się przemieszczać, ale przecież jestem Błękitnokrwistą. Szybko zeszłam odstawiając pasażerów przy policjantach. Mój wzrok przebiegł po całym tłumie. Przy bramkach zauważyłam Harrego z kolegami. Kłócili się z komendantem. Kiedy miałam do nich podejść usłyszałam wrzask.
Spojrzałam na London Eye. Przyjaciele nie dawali rady. Ponownie wskoczyłam na maszynę, wspinając się do wagonika.
- Kurwa. - przeklęłam pod nosem widząc pięć osób siedzących w puszeczce.
- Szybciej Lori! - krzyknęła Edith.
- Pomóż mi! - odpowiedziałam. Po chwili przy mnie zjawiła się blondynka.
 - Weź dwie z nich, ja też wezmę i zostanie jedna to ja ją wezmę. - moje opisy są w chuj skomplikowane. Wzięłam dziewczynę w lokach i z fioletowymi włosami. Przyjaciółka wzięła natomiast blondynkę i brunetkę.
- Dziecko musi zostać. - oznajmiłam.
- Nie. - matka zaprzeczyła. - Ja zostanę weźcie ją. Mnie zostawcie, proszę...
- Koniec gadania. - odburknęła Edith, po czym zeszła.
- Przyjdę po nią obiecuję. - spojrzałam w jej oczy.
- Dobrze. Chodźmy. - wtuliła się we mnie. Zeszłam szybko z maszyny. London Eye prawie leżało. Edith postawiła kobiety, po czym pomogła Geo. Nawet policja i strażacy dołączyli się do nich. Nie wiele pomagają ale... cóż.
- Możemy puszczać? - spytali.
- Nie! - matka dziewczynki wbiegła, a za nią Harry?!
- Już po nią idę. - ogłosiłam. Wspięłam się do puszeczki wyciągając z niej małą blondyneczkę.
- Lori uciekaj! - wrzasnęła Edith ostatkiem sił trzymając London Eye.
- O cholera. - koło powoli przekręciło się w bok spadając do rzeki. Mocno trzymając dziecko biegłam ostatkiem sił po rurkach. Widziałam strach w oczach kobiety jak i Harrego. Nie zdążę... muszę coś zrobić. Zdjęłam pierścionek dając go w rączki dziewczynki.
- Edith! Łap ją! - krzyknęłam, gdy przestałam czuć grunt pod nogami. Rzuciłam dziecko w ręce przyjaciółki, w tym samym momencie zmieniając się w wilka. Byłam pół metra od mostu.






____________________________


No i wreszcie coś się dzieje!! :D Podoba się? Jak myślicie czy nasza Lori wpadnie do wody czy uda jej się wskoczyć na most? Liczę na komentarze :)
RiDa





Znalezione obrazy dla zapytania one direction tumblr

piątek, 6 września 2013

Chapter 3




- Spróbuj mój sok. - zaproponowałam. Dziewczyna upiła łyk trunku.Zamknęła oczy i mruknęła :
- Jakie to pyszne. Normalnie cud świata.
- To tylko sok porzeczkowy. - zachichotałam. - Normalna ludzka rzecz.
- Ha! - podniosła palec do góry. - Właśnie. Ludzka rzecz.
- Lori...
Zerknęłam kątem oka w bok. George.
- Siemka Geo. - mruknęłam spuszczając głowę. Chłopak dosiadł się do nas.
- Aissia... - zaczął. - Przepraszam. Nie powinienem tak mówić.
- Masz całkowitą rację. - Edishia pokiwała głową. - Nie powinieneś.
- Edith ,ale ja Ci...
- Ne mówiłaś. Wiem. - machnęła ręką. - Niektórzy Błękitnokrwiści mają specjalne zdo...
- Zdolności. - brunet wyprzedził dziewczynę. - Ja jeszcze nie wiem co umiem, a wy?
- Ja też nie. - zaprzeczyłam. - Nawet o czymś takim nie wiedziałam.
- Ja potrafię wszystko związane z myślami. - uśmiechnęła się szeroko. - Czytać myśli, mówić w myślach innych lub nawet odczytywać wspomnienia. Takie jak na przykład wasza kłótnia.
- Yhym. - bąknęłam dokańczając muffina. - Więc co mówi tamta starsza babka?
Blondynka zamknęła oczy, po czym ogłosiła :
- Myśli o swoim wnuku, który jest zaginiony, myśli także o... nas
- Nas? - zdziwiłam się.
- Coś podejrzewa. - otworzyła oczy. - Może zobaczyła moje kły?
Spojrzała na staruszkę. Kobieta widząc to odwróciła głowę, natomiast Edith zachichotała.
- Pani rachunek. - ni stąd ni zowąd pojawił się kelner. Położył paragon na stoliku. Gdy miałam położyć banknot, George wyprzedził mnie.
- Dziękuję. Miłego dnia życzę. - wziął pieniądze odchodząc od stolika.
- Co robimy? - zapytałam.
- Bo ja wiem? - przyjaciółka wywróciła oczami. - Tamci mężczyźni z kąta nas obserwują.
Zerknęłam za siebie. Rzeczywiści. Byli wgapieni w moje plecy.




Oczami Nialla 


Od pięciu minut obserwowaliśmy te dwie dziewczyny. Były... niezwykłe. Coś mnie do nich ciągnęło, ale nie wiem co. W pewnym momencie szatynka odwróciła się w naszą stronę. Od razu moje oczy powędrowały w innym kierunku.
- Nieźle Nialler. - szepnął mi do ucha Harry.
- Hę? - spojrzałem na niego zdziwiony.
- Tamta laska teraz na ciebie się patrzy. - zerknąłem na sąsiedni stolik.


Oczami Lori


UPS! Oblałam się różem, po czym w trybie natychmiastowym odwróciłam głowę w stronę przyjaciół.
- Nudzi mi się... - mruknął George.
- Chodźmy na dziwki. - zaproponowała Edishia.
- CO!? - wrzasnęłam, zapominając gdzie się teraz znajduję.Cała kawiarnia spuściła swój wzrok na mnie. Machnęłam ręką ,wracając do konwersacji z Edith.
- Żartuje mózgu . - szturchnęła mnie w ramię. - Idziemy?
- Gdzie? - spytałam.
- Ekhm.....Lori ktoś tutaj idzie. - rozbawiony brunet położył głowę na stoliku. Poczęłam rozglądać się na wszystkie strony. Niespodziewanie poczułam rękę na swoim ramieniu.
- Hej. - mężczyzna o zielonych oczach i brązowych włosach uśmiechnął się szeroko .
- Słucham pana.... - oparłam się na krześle, przeczesując włosy palcami.
- Jestem Harry.
- A je nie jestem tobą zainteresowana. - odpowiedziałam zakładając nogę na nogę. - Coś jeszcze?
- Dasz mi swój numer... - zaczął. - Nie dla mnie. Dla mojego kolegi. - dokończył widząc moją minę. Kolegi powiada?
- Czy to ten blondyn przy waszym stoliku? - wskazałam palcem chłopaka.
- Podoba Ci się? - zaśmiał się, spoglądając na naburmuszonego Geo.
Niespodziewanie George poderwał się na równe nogi.
- Koniec pytań. - syknął popychając Harrego. Ja z blondynką wstałyśmy odciągając przyjaciela na bok.
- Zazdrosny? - podniosłam brwi do góry.
- A żebyś była tego świadoma. - mruknął zły, dysząc ciężko. Nagle zbladł. Drgawki ogarnęły jego ciało. Na twarzy pojawiły się żyły i oczy zmieniły kolor. Najgorsze było to, że Harry i jego znajomi przyglądali się całemu zajściu. On się zmienia! Zerknęłam na jego dłoń. Nie miał pierścionka. Co za idiota! Momentalnie zdjęłam swoją ozdobę zakładając ją na palec przyjaciela. Od razu znormalniał.
- Dziękuję. - wyszeptał uzyskując równowagę. - Bardzo dziękuję.



_________________________________________
Liczę na komentarze!! :D Następny za tydzień :) Pozdrawiam i życzę wytrwałości w nowym roku szkolnym.
RiDa





poniedziałek, 2 września 2013

Chapter 2






Oczami Lori



- Aissia co robisz?
Rozbawiony, ciepły głos wybudził moje myśli. Pogrążona w rozmyślaniu o Samie i Grace zerknęłam kątem oka w bok. Geo.
- Poluje na zebry. - mruknęłam nie odrywając wzroku z nad książki. - Nie widać?
- No nie za bardzo. - uśmiechnął się szeroko siadając obok mnie.
- Masz pecha. - bąknęłam, odkładając przedmiot na stolik.  - Gdzie Edishia?
- Poszła jeść. - odparł skrępowany, spoglądając w kierunku wyjścia. - Może dołączymy do...
- Nie. - przerwałam mu. Chłopak machnął ręką.
- Chodźmy na miasto. - zaproponował.
- Wiesz... - położyłam palec na brodzie. - Z tego co pamiętam wczorajszy wypad nie był zaskakująco świetny.
- I co z tego? Przecież nadal żyjemy. Cieszmy się życiem.
- Raczej śmiercią. - odparłam podchodząc do szafy.
- Zaczynasz? - syknął naburmuszony. - Chciałem wyjść z tobą na miasto. Ale nie. Wielka panna  De'la  Wohnet  rozpoczyna swój wykład. Miej wyjebane, a będzie Ci kurwa dane Lori!
Krzyknął i wyszedł. Co ja zrobiłam? Spierdoliłam kolejną sprawę.Może śmie... znaczy życie daje mi nauczkę? Już sama nie wiem. Trudno mi tak żyć, to wszystko jest takie skomplikowane...
- Hejooo! - wrzasnęła Edith wbiegając do chatki. Gdy mnie zobaczyła, uspokoiła się. - Co się stało?
- Geo się stał. - schowałam twarz w dłonie. - Dlaczego ja muszę być taką idiotką?
- Nie jesteś nią. - przytuliła mnie. - Jesteś niemądrą istotą żywą.
Zachichotałam. Edishia wie jak poprawić mi humor.



W domu One Direction


- Chłopcy! - zawołał Liam. - Spójrzcie.
Cała banda chwile później siedziała przed telewizorem.
- Mówią o Błękitnokrwistych. - wytłumaczył Payne. - Słu...
- Po co? - wtrącił Zayn. - To już się robi nudne.
- Zrozum , że oni są niebezpieczni. - Li pod głosił telewizor. - Zamknąć paszcze i słuchać.
- Wczoraj w Centrum Londynu stało się coś okropnego. Na ulicy Berry Street Błękitnokrwiści zaatakowali 62-letnią kobietę. "Obrażali mnie i poniżali. - mówiła. - Było to dwie dziewczyny i chyba z czego pamiętam chłopak." Tak więc, prosimy o ostrożność! Potwory są wszędzie. Z Centrum Londynu  mówiła - Anne Beylour.
- Wielkie mi halo! - Louis wyrzucił ręce w powietrze. - Oni tylko tą staruchę obrażali. Nie zagryźli na śmierć.
- Lou! - wykrzyknął oburzony Payne. - Jak ty się wyrażasz.
- Przepraszam mamo. - bąknął rozbawiony Tommo. Reszta chłopaków wpadła w padaczkę śmiechu.
- Rzeczywiście śmieszne. - przewrócił oczami Liam. Chwile później dołączył do reszty.



Oczami Lori


- Idziesz ze mną po bułki? - spytałam przyjaciółkę. Ta jedynie spojrzała na mnie, po czym wybuchła gromkim śmiechem.
- Co w tym śmiesznego? - podniosłam brwi do góry.
- Śmiesznego? Nie nic.. - otarła niewidzialną łzę z kącika oka. - Idź się przebrać.
- Aż tak ode mnie zalatuje? - udawałam obrażoną.
- Mam być szczera? - przymknęła dłońmi usta śmiejąc się.
Znalezione obrazy dla zapytania ashley benson laughing gif- Tak. - odparłam "poważnie".
- Duszę się tymi oparami. - odpowiedziała.
- Ha ha ha. - zmarszczyłam brwi, aby rozśmieszyć Edith. - Bardzo śmieszne.
Ruszyłam w stronę szafki. Wyciągnęłam z niej na prędko ciuchy. Wzięłam prysznic, umalowałam się, założyłam ochraniacze na kły oraz przebrałam się w wybrany komplet. Edith czekała odświeżona jak i przebrana przed chatką. Dobiegłam do niej wyciągając z kieszeni pierścionek, zakładając go na serdeczny palec. Tak dla bezpieczeństwa poleciłam także przyjaciółce to zrobić. Pierścień nas chroni od wielu rzeczy. Dzięki niemu panujemy bardziej nad sobą, nad pragnieniem oraz pierdolnikiem uczuć które zalewa złość i nienawiść.
- Tak w ogóle... - zaczęła, przebiegając ze mną na drugą stronę ulicy, kierując się w stronę miasta. - Po co Ci bułki?
- A tak jakoś... mam ochotę na drożdżówkę z kruszonką i marmoladą. - oblizałam usta.
- Aissia... ty wiesz, o tym , że my nie potrzebujemy jeść takich rzeczy?
- Wiem. - wzruszyłam ramionami. - Ale chce. Chce czuć. Chce być człowiekiem.
- To jest nieodwracalne. - pokręciła głową, ciągnąc mnie w stronę kawiarenki.
- Skąd ta pewność?
Nie odpowiedziała. Weszłyśmy do lokalu, od razu kierując się w stronę jakiegoś zacisznego miejsca. Niestety stolik był zajęty przez pięciu mężczyzn.
- Dobra. - prychnęłam. - Mówi się trudno. Chodź usiądziemy obok.
- Ale tam nikt nas nie rozpozna. - uśmiechnęła się krzywo ukazując niezabezpieczone kły.
- Nie założyłaś? - zdziwiłam się .
- Strasznie uwiera w zęby. - usiadła na krześle, zakrywając blade jak mąka nadgarstki. Dosiadłam się do niej, prosząc o kelnera.
- Słucham panie. - chłopak ubrany w czarny fartuszek wyciągnął notesik z kieszeni.
- Poprosimy wodę, sok porzeczkowy i... dwa razy muffina cytrynowego. - uśmiechnęłam się grzecznie.
- Jakiś ty przystojny. - dodała cicho Edith. - Schrupałabym Cię.
- Edis... Edith! - oburzona wykrzyknęłam cicho. Ta jedynie przewróciła oczami i posłała całuska nastolatkowi. Brunet oblał się różem i sztywnym krokiem ruszył do następnych gości.
- Ty... - szturchnęłam ją łokciem. W pięć minut przyniesiono nasze zamówienie.
- Spróbuj mój sok. - zaproponowałam. Dziewczyna upiła łyk trunku.Zamknęła oczy i mruknęła:
- Jakie to pyszne. Normalnie cud świata.
- To tylko sok porzeczkowy. - zachichotałam. - Normalna ludzka rzecz.
- Ha! - podniosła palec do góry. - Właśnie. Ludzka rzecz.




CDN.





Podobny obraz